
Matthieu Blazy dla Chanel, Jonathan Anderson dla Diora, Pierpaolo Piccioli dla Balenciagi i Dario Vitale w Versace – oto cztery najgłośniejsze i najważniejsze debiuty nowych dyrektorów kreatywnych największych domów mody, o których huczała cała branża. Czy udało im się spełnić oczekiwania krytyków? I czy ich kolekcje to początek nowej, kreatywnej drogi, czy chwilowy przystanek w karierze?
1. Dario Vitale – Versace
„Dobrze, że Donatella żyje, bo inaczej przewracałaby się w grobie”, „upadek Versace”, a nawet „Miumiufikacja” – Dario Vitale musiał zderzyć się z ogromną falą krytyki jego pierwszej kolekcji dla Versace. Nie oznacza to, że nowa era włoskiego domu mody nie przypadła nikomu do gustu. Są też i tacy, którzy docenili powiew świeżości, zmianę kierunku i nawiązanie do początków marki. Ewidentne są w tej kolekcji naleciałości z Miu Miu, zwłaszcza w sposobie stylizacji i akcesoriach. W końcu jednak Vitale spędził tam niemal 15 lat, oczywistym jest więc przeniesienie w owej estetyce części samego siebie. Jedno jest pewne – Vitale odrobił lekcje z historii i w poszukiwaniu natchnienia sięgnął do korzeni, czyli przełomu lat 80. i 90. Być może całość trąci nieco second handem czy kampaniami Benettona, ale taki powrót do początków Versace jest niezwykle odświeżający.









2. Louise Trotter – Bottega Veneta
Które to już wznowienie hasztagu #newbottega? Po odejściu Daniela Lee przez włoski dom mody przewinęło się jeszcze kilka nazwisk, a każde z nich wniosło do DNA coś nowego. Czy Louise Trotter, pierwszej kobiecie u sterów Bottegi Venety, udało się dorównać poprzednikom?
Projektantka wcześniej projektowała dla legendarnego, lecz dziś nieco przykurzonego francuskiego domu mody Carven; można odnieść wrażenie, że dopiero teraz nareszcie mogła w pełni rozwinąć skrzydła. Oczywiście w pierwszej kolejności sięgnęła po kultowy motyw Bottegi Venety – plecionkę intrecciato, którą powieliła nie tylko na akcesoriach takich jak paski, torebki czy chusty, ale też na całej powierzchni spodni, kurtek i płaszczy. Przeskalowane formy, paleta zgaszonych i przybrudzonych pasteli, trójwymiarowe materiały imitujące futro (wykonane z włókna szklanego z recyklingu!) dodające minimalistycznej całości awangardowego sznytu – to wszystko doskonale wpisuje się w nurt cichego luksusu, wykreowanego przez poprzednich projektantów marki. Choć nieco przyćmiony większymi nazwiskami, debiut Trotter należy do bardzo udanych.









3. Simone Bellotti – Jil Sander
Nowy dyrektor kreatywny Jil Sander, Simone Bellotti, to kolejny projektant, który natchnienia szukał w archiwach. Jego poprzednicy przyzwyczaili nas do odważnych, geometrycznych form, efektownych tkanin z efektem 3D i mocnych kolorów. Bellotti w swojej debiutanckiej kolekcji dla marki wrócił do jej genezy, czyli „mniej znaczy więcej”. W latach 90. Jil Sander należała do grona projektantów, którzy wyznaczali kierunek w modzie i w znacznym stopniu przyczyniła się do zdefiniowania ówczesnego minimalizmu, co dość dosłownie zinterpretował nowy dyrektor kreatywny marki. Oszczędne, niemal ascetyczne formy jednorzędowych marynarek i płaszczy, ołówkowych spódnic i kultowych golfów, pozbawione zbędnych szwów czy ozdobników, miały okazję zabłyszczeć dzięki zastosowaniu bloków kolorystycznych, warstw, wycięć i pęknięć. Wisienką na torcie był niemal zupełny brak makijażu i gładko zaczesane włosy modelek. Choć kolekcja może wydawać się uboga (i rzeczywiście, obok efektownych geometrycznych torebek w mocnych kolorach zabrakło choćby biżuterii), to jest ona świetnym początkiem nowego rozdziału marki i swego rodzaju powrotem do jej początków.









4. Jonathan Anderson – Dior
Jonathan Anderson jest jednym z najbardziej zapracowanych projektantów – dotychczas oprócz Loewe prowadził również własną markę, a także współpracował z japońską sieciówką Uniqlo. Przechodząc do Diora, wziął na swoje barki dodatkowo Haute Couture, co łącznie daje zawrotną liczbę 18 kolekcji rocznie. Nie przeszkodziło mu to w zaprojektowaniu arcydzieła, które zebrało oszałamiająco długie owacje na stojąco. W swoim debiucie dla Diora, Anderson zdekonstruował DNA marki, by przekodować je na nowo, z typowym dla siebie awangardowym zacięciem. Oczywistymi odniesieniami do archiwów były sukienki w stylu new look z zaznaczoną talią i rozkloszowanym dołem, Bar Jacket, tym razem zestawiony z plisowaną mini, czy trójwymiarowe zakładki widoczne z tyłu spódnic, inspirowane sukienką Delft z 1948 roku. Nie ulega jednak wątpliwości, że Anderson będzie starał się uwspółcześnić dom mody Dior i sprawić, by był on bardziej „przyziemny”, czego dowodem są licznie pokazane na wybiegu dżinsy, spódniczki mini czy legginsy.
Pod względem konstrukcyjnym ta kolekcja to istny majstersztyk. Mnogość odniesień do archiwalnych projektów i ich kreatywne interpretacje powalają na kolana. Pozostaje jedynie przyzwyczaić się do „nowego” Diora.









5. Glenn Martnens – Maison Margiela
Po prezentowanej w lipcu bardzo udanej kolekcji Haute Couture Glenna Martensa dla Maison Margiela, przyszedł czas na debiut ready-to-wear. Niedoskonałości są wpisane w DNA belgijskiej marki – celowo niewykończone brzegi, postarzanie materiałów, dekonstruowanie i zszywanie na nowo, łączenie różnych technik i niecodziennych materiałów to istota Maison Margiela. Martens podszedł do dziedzictwa Margieli z szacunkiem i jednocześnie otwartą głową oraz poczuciem humoru – pokaz odbył się przy akompaniamencie orkiestry złożonej z młodych muzyków, niektórych dopiero zaczynających naukę na instrumentach. Ich nieidealne, w innej sytuacji raniące uszy aranżacje okazały się być perfekcyjnym tłem dla prezentowanej na wybiegu kolekcji, a jednocześnie nawiązywać do pokazu z 1990 roku urządzonego na placu zabaw. Glenn Martens nie zaproponował szokujących nowości, za to poddał wnikliwej analizie projekty samego Margieli. Z czeluści archiwów wydobył nawet patchworkowe sukienki w kwiaty, które dziś mogą wydawać się niepasujące do estetyki marki. Wyraźnie uwidoczniło się też jego doświadczenie z dżinsem, zdobyte w pracy dla Y/Project czy Diesel. Najbardziej szokujące były ozdoby, a raczej urządzenia, które utrzymywały usta w otwartej pozycji i przywodziły na myśl charakterystyczne cztery szwy widoczne w logo marki.









6. Duran Lantink – Jean Paul Gaultier
Jean Paul Gaultier wycofał się z projektowania już w 2020 roku, nie dziwi więc, że na ten powrót wielu czekało z niecierpliwością. Nowo mianowany dyrektor kreatywny – Duran Lantink – to projektant młodego pokolenia, znany z abstrakcyjnego formowania sylwetek i ekstrawaganckiego, alternatywnego stylu, który pokochały gwiazdy, na czele z Lady Gagą. Jego pierwsza kolekcja dla Gaultiera była inspirowana linią „Junior” z lat 1988-1994; Lantink jednak ze sporą brawurą przyznał, że nie zaglądał do archiwów, ponieważ chciał „kierować się wyobraźnią i samemu stworzyć świat fantazji”. Odniesienia do samego Gaultiera były oczywiste, choć dość swobodne – echa stożkowych staników Madonny, marynarskich pasków czy futurystycznych kostiumów z filmu „Piąty element” zostały zdominowane prowokacyjnymi propozycjami Lantinka: body z realistycznymi nadrukami imitującymi męskie owłosienie (noszone zarówno przez modeli, jak i modelki), ultra-niepraktyczne, geometryczne formy czy „spódnice” trzymające się z przodu na biodrach, a z tyłu odsłaniające pośladki. Można się spierać, że przecież Jean Paul Gaultier był kiedyś enfant terrible świata mody, jednak te projekty nie przekonują do siebie żadną ideą poza samą kontrowersją.









7. Matthieu Blazy – Chanel
Po kilku słabszych sezonach z Virginie Viard na czele, a potem już bez dyrektora kreatywnego, Chanel nareszcie doczekało się kierownictwa, które wytyczy nową drogę dla domu mody z ponad stuletnią historią. Oczekiwania wobec nowego dyrektora kreatywnego były ogromne, wszak na wizerunek Chanel jaki dziś znamy, Karl Lagerfeld pracował przez niemal cztery dekady. Pierwsza kolekcja Matthieu Blazy’ego obfitowała w sylwetki z obniżoną talią, tweedowe komplety, suknie ze skosu czy koszule jak pożyczone z szafy chłopaka, a więc wszystkie elementy, które wprowadziła do damskich szaf Gabrielle Chanel. Za sprawą świeżego spojrzenia Blazy’ego zyskały one jednak lekkość i nowoczesność, przystając do obecnych czasów. Koniec z siermiężnymi tweedami, w których nawet szczupłe i wysokie modelki wyglądały niekorzystnie; witajcie świetnie skrojone marynarki, spodnie i sukienki. Oprawa debiutanckiego pokazu była równie imponująca jak te z czasów Lagerfelda – wnętrze Grand Palais zamieniło się w kosmiczne niebo rozświetlone planetami. Matthieu Blazy wyniósł Chanel na modową orbitę, a to zapewne dopiero początek tej niesamowitej podróży.









8. Pierpaolo Piccioli – Balenciaga
Wiele osób odetchnęło z ulgą – po pierwsze, żegnamy stylistykę post-soviet chic; po drugie, w progach Balenciagi witamy współczesnego mistrza, dla którego tkanina jest niczym płótno i farby dla artysty. Pierpaolo Piccioli po rocznej przerwie od czasu odejścia z Valentino doczekał się nowej posady, w dodatku w domu mody, którego założyciela uważa za swojego mistrza i największą inspirację. Jego pierwsza kolekcja to ukłon zarówno w stronę przeszłości Balenciagi, ale również poprzednich dyrektorów kreatywnych: Nicolasa Ghesquière i Demny Gvasali. Punktem wyjścia była the Sack dress zaprojektowana przez Cristobala Balenciagę w 1957 roku. Na jej podstawie Piccioli stworzył formy, które nie przylegały do ciała, lecz unosiły się, jakby płynęły w powietrzu. Dziś fason tuniki czy worka nie wydaje się być czymś ekscytującym, jednak warto zwrócić uwagę na kontekst – lata 50. były zdominowane przez new look Diora; rezygnacja z podkreślonej talii i zdefiniowanie na nowo kobiecej sylwetki było rewolucją na miarę tej dokonanej przez Chanel w latach 20. Tym bardziej imponujące jest wprowadzenie elementów wysokiego krawiectwa do mody codziennej, co w mistrzowski sposób uczynił Piccioli.









9. Jack Mccollough i Lazaro Hernandez – Loewe
Niespodziewany transfer duetu stojącego za nowojorską marką Proenza Schouler do hiszpańskiego Loewe na chwilę wstrząsnął branżą mody. Projektanci zostawili swoją firmę, by zastąpić Jonathana Andersona, współczesnego geniusza i mistrza awangardy. Jak sobie poradzili, wchodząc w jego buty? Debiut Mccollougha i Hernandeza w Loewe obfitował w casualowe i sportowe propozycje oraz kontrastujące bloki kolorystyczne. Energia wręcz buzowała z sylwetek utrzymanych w intensywnych, nasyconych barwach, przywodzących na myśl obrazy Ellswortha Kelly’ego. Głównym elementem kolekcji były skórzane kurtki, gładko wyprofilowane, przypominające rozpięty kombinezon do nurkowania. Motywy nawiązujące do estetyki plażowej przewijały się w całej kolekcji – od energetycznych pasiastych nadruków po sukienkę-ręcznik. Tym samym duet nie tylko odniósł się do awangardowych projektów Andersona, ale też przypomniał o pewnych elementach hiszpańskiej kultury – słońcu, zmysłowości i wolności ekspresji.









10. Miguel Castro Freitas – Mugler
Ten debiut przeszedł niemal niezauważony w cieniu innych, bardziej znaczących pokazów. A szkoda, bo Miguel Castro Freitas w roli nowego dyrektora kreatywnego marki Mugler wykonał kawał świetnej roboty. Thierry Mugler był w swoim czasie pionierem łączenia mody z rozrywką, celebrował kobiece ciała z hedonistyczną niemal radością. Freitas mógł pójść na skróty i przywołać na wybieg najbardziej przełomowe projekty Muglera w nowej odsłonie, jak często robią to nowi dyrektorzy kreatywni. Zamiast tego skupił się na krawieckim rzemiośle i charakterystycznej dla marki sylwetce klepsydry. Fantastyczne, niemal wyrzeźbione taliowane marynarki jak z lat 80., winylowe spódnice i zdobione gorsety utrzymał w stonowanej, beżowej palecie, by jeszcze bardziej skoncentrować uwagę na uwypuklającej krągłość bioder formie. Gdzieniegdzie pojawiające się pióra, frędzle i biżuteryjne aplikacje subtelnie puszczały oko w kierunku archiwów Muglera. Być może tej kolekcji zabrakło odrobiny odwagi i śmiałości, jednak mimo lekkiego niedosytu Freitas posiada talent i umiejętności, by wycisnąć z kodów marki jeszcze więcej.









fot. vogue.com
1 Comment