
Paryski tydzień mody Haute Couture obfitował w emocjonalne pożegnania i intrygujące debiuty. Ostatnia kolekcja Demny Gvasalii dla Balenciagi, pierwsza – Glenna Martensa dla Maison Margiela; Chanel bez dyrektora kreatywnego i Dior, którego pokaz Resort 2025 był jednocześnie pożegnaniem Marii Grazii Chiuri z Haute Couture. Kto zachwycił, a kto znudził publiczność?
1. Chanel












Rok temu z legendarnego francuskiego domu mody odeszła Virginie Viard, prawa ręka Karla Lagerfelda i od czasu jego śmierci dyrektorka kreatywna Chanel. Jej następcą został Matthieu Blazy, jednak na pierwsze efekty jego pracy musimy jeszcze trochę poczekać. Haute Couture jesień/zima 2025 to kolejna kolekcja stworzona przez atelier Chanel bez kierownictwa artystycznego. Kunszt wykonania, jakość kultowych tweedów, misterne hafty i aplikacje – te wszystkie elementy dzięki doświadczeniu i wiedzy rzemieślników oraz ich wytężonej ręcznej pracy były jak zawsze na najwyższym możliwym poziomie. Jednak wyraźnie daje się zauważyć brak lidera, a tym samym brak jednej spójnej wizji kolekcji. Klasyczne żakiety i spódnice z tweedu, niekiedy obszyte cekinami lub piórami, płaszcze i suknie, choć wykonane z najwyższą starannością, są nieco ciężkawe, siermiężne i pozbawione wdzięku. Nietypowo zaplanowane warstwy, tnące sylwetkę w kilku miejscach, dodatkowo zaburzają proporcje. Ponadto w kolekcji zabrakło jakichkolwiek akcesoriów – torebek, pasków, biżuterii – a przecież to dodatki budują tożsamość marki i, oczywiście, odpowiednią sprzedaż.
2. Dior












Maria Grazia Chiuri w dość nieprzyjaznych okolicznościach rozstała się z domem mody Dior. Obsadzenie w roli dyrektora kolekcji męskich Jonathana Andersona było jednoznacznym sygnałem dla kierującej linią damską i Haute Couture Chiuri. By zachować twarz, sama złożyła wypowiedzenie; ogłoszenie Andersona jej następcą odbyło się niemal natychmiast po jej odejściu. Nie dziwi więc, że ostania, zaprezentowana w maju kolekcja Resort 2026, stała się emocjonalnym listem pożegnalnym Marii Grazii Chiuri z domem mody, w którym spędziła ostanie osiem lat. Elementy kolekcji Resort przeplatały się z kreacjami Haute Couture, a całość była utrzymana niemal całkowicie w bieli i jej odcieniach. Na wybiegu pojawiły się delikatne, romantyczne suknie z koronek i tiulów, niektóre do złudzenia przypominające jej dawne projekty dla Valentino; swoim kunsztem zachwycały misterne wycięcia w kształcie liści, trójwymiarowe kwiatowe aplikacje, rzędy falbanek, jedwabne frędzle i delikatne złocone siateczki. Tym niezwykle romantycznym projektom wtórowały minimalistyczne smokingowe marynarki, kamizelki i klasyczne trencze, a także zamaszyste aksamitne peleryny. Ostatnia sylwetka, suknia wyszywana koralikami w misterny wzór imitujący zarys kobiecego ciała i elementy rzymskiej zbroi, stał się symbolem wewnętrznej siły, której projektantka z pewnością posiada w dostatku.
3. Iris Van Herpen











Niderlandzka projektantka zdobywająca pierwsze szlify u Alexandra McQueena, swoimi niepokojącymi, futurystycznymi projektami oraz wykorzystaniem najnowszych technologii zachwyca świat mody co sezon. Zafascynowana bezkresną i w ogromnej mierze niezbadaną otchłanią oceanu, stworzyła w tym sezonie kolekcję inspirowaną podwodnymi stworzeniami i grą świateł. Meduzy dryfujące w wodnej toni, szkielety głębinowych istot, skrzela i półprzezroczyste płetwy, algi pod mikroskopem – ocean to niewyczerpane źródło inspiracji nie tylko dla badających je naukowców. Ubranie będące przedmiotem martwym i statycznym, w ruchu zachowuje się niczym żywe stworzenie. Iris Van Herpen podczas tworzenia tej kolekcji współpracowała między innymi z Casey Curran, artystką kinetyczną, dzięki której powstała suknia z delikatnymi skrzydłami, trzepoczącymi w delikatnym rytmie przypominającym fale. Dodając do tego znakomite efekty świetlne stworzone przez Nicka Verstanda, zwanego „artystą światła”, otrzymaliśmy znakomity performance łączący sztukę z modą.
4. Maison Margiela












To zdecydowanie najbardziej wyczekiwany debiut sezonu. W roli nowego dyrektora kreatywnego Maison Margiela po raz pierwszy zaprezentował się Glenn Martens, który zastąpił na tym stanowisku Johna Galliano. Należy przyznać, że poprzednik pozostawił poprzeczkę zawieszoną niezwykle wysoko. Debiut Martensa (pracującego równolegle dla marki Diesel) w Maison Margiela zdobył bardzo optymistyczne recenzje. Nic dziwnego – projektant udowodnił, że doskonale rozumie estetykę awangardowego belgijskiego domu mody. W kolekcji zaprezentował cały wachlarz nawiązań do ikonicznych projektów Margiela: biżuteryjne maski, suknie z folii, podniszczone skórzane ramoneski, wykorzystał takie materiały jak inspirowane flamandzkimi tapetami tłoczone skóry, papierowe patchworki, a nawet cynową blachę. Pokaz został podzielony na „rozdziały”, a każdy z nich odzwierciedlał inne źródło inspiracji. Raz były to projekty Galliano zbudowane na gorsetach, transparentnościach i malarsko drapowanych tkaninach; innym razem Martens cytował samego siebie i swoją gościnną kolekcję dla Jeana Paula Gaultiera. W jakim kierunku rozwinie się estetyka Glenna Martensa w przyszłych sezonach? Jest to niezwykle interesujące, ponieważ o ile debiut będący hołdem dla Martina Margieli rzucił krytyków na kolana, o tyle oglądanie co sezon tych samych archiwalnych projektów w nowym wydaniu może z czasem stać się nużące.
5. Schiaparelli












Swoją najnowszą kolekcję Daniel Roseberry zatytuował „Powrót do przyszłości” i zadedykował ją okresowi, w którym „życie i sztuka stały nad przepaścią”. Za główną inspirację posłużył mu okres tuż przed wybuchem II wojny światowej w Paryżu, kiedy Elsa Schiaparelli ugruntowywała swoją pozycję królowej surrealistycznej mody. To wtedy powstały jedne z jej najbardziej przełomowych projektów, które zapisały się w historii mody. Roseberry postanowił dosłownie zaczerpnąć z archiwów, reinterpretując na przykład pelerynę z kolekcji „Zodiac” z 1938 roku czy bogato wyszywane wieczorowe żakiety z drugiej połowy lat 30. Jednocześnie sam puścił wodze fantazji i stworzył suknię-siodło, garnitur przypominający futurysyczną zbroję czy wreszcie suknię z odlewem kobiecego torsu, założonego tył na przód. Na szyi (a raczej na plecach) modelki zawisł wielki rubinowy wisior przypominający bijące, wysadzane klejnotami serce. To z kolei ukłon w stronę Salvadora Dali i jego „Royal Heart” z 1953 roku. W tym sezonie Daniel Roseberry zrezygnował z teatralnych form, usztywnień i gorsetów na rzecz lejących tkanin krojonych ze skosu i miękkich linii podążających za naturalnym kształtem ciała, które odzwierciedlały powściągliwą elegancję lat 30. W surrealizmie nie zawsze wszystko ma sens, dlatego na wybiegu pojawił się też bogato haftowany kostium matadora, suknia z warstw misternie układanych falban niczym spienione fale czy kolia z zawieszkami w kształcie krewetek.
6. Balenciaga












Demna Gvasalia po 10 latach żegna się z domem mody Balenciaga. Jak sam przyznał, czuł się, jak gdyby dokonywał coming outu – to był pierwszy (i zarazem ostatni) raz, kiedy wyszedł na wybieg w finale pokazu. W swojej pożegnalnej kolekcji złożył hołd sobie samemu, estetyce post-soviet chic, a także jednej ze swoich muz i wiernych klientek, Kim Kardashian, którą ubrał w białą bieliźnianą suknię, mającą nawiązywać do Elizabeth Taylor w „Kotce na gorącym, blaszanym dachu”. Na jej szyi zawiesił prawdziwe klejnoty należące do aktorki, a na ramiona zarzucił futro. W kolekcji, oprócz męskich garniturów, które wielbicieli klasycznej elegancji mogą przyprawiać o podwyższone ciśnienie, pojawiło się jednak sporo nawiązań do archiwów domu mody. Cristobal Balenciaga nazywany był architektem, często jego projekty wyprzedzały swoje czasy. Demna podobnie starał się budować mocne sylwetki z ostrymi ramionami, wysokimi golfami, przeskalowanymi klapami płaszczy czy geometrycznymi kołnierzami. Tę śmiałość w tworzeniu nowych form, podobną do mistrza zauważyła Danielle Slavik, w latach 60. jedna z modelek Balenciagi, którą Gvasalia przywrócił na wybieg po ponad 4 dekadach emerytury. Takie namaszczenie przez kogoś, kto blisko współpracował z jednym z najważniejszych couturierów XX wieku to nie lada komplement.
Zdjęcia: vogue.com
2 Comments